po jednej takiej babskiej rozmowie… Uwaga, nie wchodzić, zionie narzekaniem!!

1. poświęcić sie dla faceta – OK. Ale czy on to [choć kiedyś] doceni? [a kto się kiedyś dla mnie poświęci??]
2. wykorzystać szanse na maksa czy zrezygnować by uniknąć problemów domowych?
 a może lepiej postawić na swoim i wbrew woli męża mimo wszystko realizować swoje niepewne jeszcze marzenia? .. Jeśli się zrezygnuje..na pewno kiedyś będzie żal, że zmarnowało się  szanse… w tym momencie najlepiej i najprościej by było zrezygnować, jeden stres mniej, mniej problemów domowych… więc co robić?!
3. w domu – każdy wie jak jest [oprócz tych którzy dom traktują jako miejsce wypoczynku ;)] cały czas mam coś do roboty niby nic wielkiego ale zawsze
4. obowiązki domowe:
typowy facet, zanim zrobi to o co kobieta go prosi to się w tejże kobiecie krew gotuje, że ona by zrobiła szybciej i lepiej, a skoro i tak będzie musiała po nim poprawiać … to ‚wole lepiej sama zrobić i bez gadania’
tego żaden facet nie zrozumie – dopóki sam nie ma na głowie tego co kobieta, bynajmniej nie o włosy tu chodzi 😉
5. od faceta w domu można się szybko odzwyczaić. Gdy go często w domu nie ma [3-5 dni w tyg. na przykład] to jego obecność dłuższa niż 3-4 dni może zaowocować konfliktami np. na tle:
– „tu kupka ubrań tam kupka [czyt. tu byłem’ tam byłem.. ] a on leży i tv ogląda, albo przy kompie” [zerka od czasu do czasu na dzidźka] – zastanawiam się czy te kupkowanie ubrań bo dłuższej niebytności w  domu to czasem nie odzywa się samcza natura ‚znakowania terenu’ hahaha
– szeroko pojętych obowiązków domowych do których mężczyzna się raczej nie poczuwa. On JEST, wrócił do domu po ciężkiej pracy odpocząć, więc kobieto.. kuro domowo do dzieła! Zajmij się dzieckiem, ugotuj obiad, sprzątaj [ciągle bo przy dzidźce to norma] i się miło uśmiechaj i broń boże nie narzekaj, i ciesz się że jest..bo przecież odpoczniesz później.. między jednym a n-tym karmieniem nocnym dzidźki, albo gdy mąż znów ruszy z domu na kilka dni do pracy..
– „uciekanie i wybywanie’ męża z domu – jeszcze się nie rozsiądzie dobrze a już po kumplach dzwoni.. a to rybki a to grzybki.. ja znowu zostaję sama bo przecież nad wode z maluchem nie pojadę, na grzyby.. za zimno, zresztą jak chce dzwigać małe i zbierać to czemu nie? 😉 cały tydzień się czeka a potem nie ma się czasu na ‚bycie’ we dwoje [troje]
a przecież tak fajnie jest wybyć z domu razem, do znajomych, do rodziców, rodziny.. tylko potem czegoś wciąż brakuje…
ech te dylematy Agaty 😉 jakby nie było większych problemów… po co ja to piszę? kogo to interesuje i czy to cokolwiek zmieni? najwyżej z deka zadraśnie wizerunek szczęśliwej agnechy.. ja też się przejmuję, też mi źle czasem i też mam takie głupie przyziemne problemy, które czasem tak urastają że sama rady dać im nie mogę..
ot co .. taki życie

Autor: agnecha

czasem wierszem piszę..

16 myśli na temat “po jednej takiej babskiej rozmowie… Uwaga, nie wchodzić, zionie narzekaniem!!”

  1. Oby chociaż Tobie się udało porozmawiać. Rozmowa to największe szczęście, jakie może zaistnieć między ludźmi…

    Polubienie

  2. Do jednego punktu mam małe „ale”… Nie trzeba wcale wiele poświęcać w ciągu doby, tygodni, miesięcy, by nadal być Przyjacielem. Czasem wystarczy kilka ciepłych słów przesłanych smsem, by sprawić, że druga strona czuje znowu, że żyje i nie jest sama… Ile czasu zajmuje napisanie czegoś takiego? Najwyżej 3 minuty. Gdzie ten czas znaleźć? Chociażby w kąpieli w wannie, czy siedząc na sedesie i zamiast poczytać gazetę z politycznymi bzdurami, to wyklepać na klawiaturze kilka słów pozdrowień (bo z tego co wiem, to nie ja jedna z „lekturą” do toalety chodzę, hihi)… Czy to naprawdę tak wiele? Właśnie takie sytuacje pokazują nam, kto tak naprawdę jest Przyjacielem. Można mieć naprawdę masę obowiązków, ale próbowanie wytłumaczenia się nimi przed milczeniem względem Przyjaźni jest grzechem głównym i dowodem na to, że to nie jest Przyjaźń!… „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”… Przyjaciel jest niespokrewnioną z nami rodziną… Wszyscy, którzy mówią, że najważniejsza dla niego jest rodzina, a nie potrafi 3 minut w ciągu miesięcy poświęcić na napisanie kilku słów ciepłych pozdrowień, to największy kłamca świata, największy egoista i najbardziej wygodny w świecie człowiek… I nic takiego zachowania nie tłumaczy… Po prostu nic… „Prawdziwych Przyjaciół poznaje się w biedzie”… A to słowne wsparcie jest najczęściej dużo ważniejsze niż wsparcie materialne, namacalne.. To ono daje nam najwięcej wiary i sił na dalsze trudne dni.. I wiarę w dobro drugiego człowieka… Trzymajcie się kobietki dzielnie. I nie dajcie w sobie wyprzeć dobra przez innych i przez świat…

    Polubienie

  3. Spóźniona sporo z odpisywaniem, dni tak dziwnie płyną, jakby nie moje dni, nie moje ciało i dusza (już nie Ciało i Dusza – nie po tym, co (JAK) zrobił On, co robi (a raczej czego nie robi) teraz)… Pełno różnych uczuć do świata, losu, ludzi… Taki zamęt i brak szans na spokój… ducha chociażby… Kolory? Ostatnio dużo bieli, jasnej zieleni oraz takiego specyficznego szpitalnego kremowego… Fatalne połączenie. Nie tylko na oddziałach dziecięcych powinni malować kwiatki i motyle. I Drzewa też, dużo drzew namalować. Dorośli też tam potrzebują kolorów… A życie? Na razie nie wiem, czy je mam i jakie będzie. Boję się mieć nadzieję, że kiedyś znów będzie moje i będzie kolorowe… Z takim wyrokiem ciężko jest wierzyć chociażby nadziei… Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

  4. Na początku podziękuję za gratulację (straszliwie zawstydzona, bo ja zawsze prosta dziewucha ze wsi byłam)… Opowiadaniem małym zadebiutowałam, naprawdę skromnym… I ciężko jest mi się z tego cieszyć, gdy nawet po „pochwaleniu” się całej rodzinie i znajomym (ależ mi okropnie było się tak CHWALIĆ!), nikt nie zajrzał, w rodzinie przeszło bez echa, bo pierwsz prawnuczka się urodziła, zaraz druga – więc czym mój debiut literacki jest przy tym wszystkim? Przyjaciele, znajomi? Nawet ci mieszkający koło empiku, nie dotrzymali obietnicy i nie poszli obejrzeć (kupować nie zmuszałam – książki są drogie teraz)… —– Wzruszyłam się przy tym, co teraz napisałaś. Przy całym tym długaśnym komentarzu… A przy okazji – jakby każdy takie „bazgrołki” pisał, to świat naprawdę byłby lepszy… W każdym bądź razie… ciężko jest mi się teraz nie poddać. Między tymi wszystkimi przeżyciami stanęłam przed obliczem choroby. Odwiedzam lekarzy, mam za sobą niespodziewany pobyt w szpitalu (niewiele z tego pamiętam, heh), szukam rozwiązań, alternatyw, sposobów na to, by nie utracić nic ze swojego ciała… by nie tylko przeżyć, ale przeżyć w całości i z możliwością… hmm… możliwością… Hmm… Czym teraz jest walka? Samotna walka? Jak mam się zgodzić z kolejnymi lekarzami, którzy nie rokują nic dobrego i skazują jedynie na ‚całkowitą wycinkę’? Mam ochotę krzyknąć im wszystkim w twarz, że się mylą, że się nie zgadzam, że się nigdy nie zgodzę… Ja nie wiem już czym jest życie… Z coraz większym bólem się zmagam. Tym fizycznym też… Bo duchowy… Ciągle czekam. Bo i ja nie wierzę, że po tak długim czasie nie ma się paru minut dla kogoś, kto czeka na kilka miłych słów, na zapewnienie, że to, co było nie jest „błędem” (jak to On określił), że to wszystko było szczere, a nie wykorzystaniem mnie, że…. do diabła… ten ktoś nie jest wygodnickim egoistą, który wykopał jak śmiecia i właśnie w ten wygodny egoistyczny sposób żyje sobie dalej bez żadnej odpowiedzialności za to, co zrobił, co było przez lata… …. Wracając do bólu fizycznego… Im go więcej, tym bardziej muszę uwierzyć, że to jednak prawda. Że coś mi jest, że z dnia na dzień jest gorzej. Ale dlaczego? Jak to? Przecież w marcu b.r. okazało się, że jestem „czysta” i zdrowiutka, że to fałszywy alarm, przecież zawsze o siebie dbałam… Nie dochodzi to do mnie, a gdy dochodzi i przychodzi ból i łzy, to nie ma nikogo obok… totalnie nikogo… aż trudno mi uwierzyć, że nawet rodzina… ocieram oczy ze zdumienia… —– Jak więc w tym najtrudniejszym (jak dotąd) momencie mojego życia, gdzie najważniejsze jest duchowe wsparcie, mam walczyć o zdrowie, o pokonanie raka, o życie? Nie mając żadnych podstaw, by wierzyć… Jak się nie poddać? ———– Rozgadałyśmy się tutaj szalenie, kumy na jarmarku tak nie paplają, jak my 🙂 Ale to dobrze. Nie wiem, jak Wam – kobitki – ale… odrobinę ulgi mi to przynosi… taka nasza wirtualna wymiana długaśnych, szczerych myśli… Dobrze, że jesteście… 🙂 Obie 🙂

    Polubienie

  5. Myśle, że coś być może znajdzie się w Twoich ‚propozycjach’. Chciałam już po naszej konsultacji 😉 podjąć tą rozmowe ale jakoś nie ma ku temu spsobności, ehh. Pozostaje mi jeszcze troche sił 😉 i postaram sie popróbować dalej.

    Polubienie

  6. Myśle, że coś być może znajdzie się w Twoich ‚propozycjach’. Chciałam już po naszej konsultacji 😉 podjąć tą rozmowe ale jakoś nie ma ku temu spsobności, ehh. Pozostaje mi jeszcze troche sił 😉 i postaram sie popróbować dalej.

    Polubienie

  7. dobrze, wykrzyczaj, bo tak lepiej, trzeba złość wylewaćprzykro mi, że masz ku temu powód.. :(nie sposób usprawiedliwiać ani znaleźć usprawiedliwienie dla takiego alogicznego i raniącego zachowania. Moja ‚natura’ zawsze karze mi jednak szukać przyczyn i podejmować próby domysłów „dlaczego”. Ale najlepsza, jeżeli jest to możliwe, jest szczera rozmowa.. wtedy najlepiej można poznać przyczyny i niby łatwiej jest sie pogodzić z sytuacją.. chyba.. chyba łatwiej 😦 jak przyjaciel tak rani to a) albo ktoś (zazdrosny/zawistny) mu coś nagadał głupiego na nasz temat i głupiutki uwierzył nie konsultując tego z nami [podkopanie zaufania]b) ma kłopoty, przed którymi koniecznie nas chce uchronić i nie chce nas obciążać c) przechodzi kryzys lub depresje – odcina się od świata i ucieka w swójd) a może chce zmienić swoje życie? e) może musi zająć się własnym życiem i po prostu nie ma czasu i głowy by dzielić się nim z nami?f) może po drodze powstała jakaś zadra, niewyjaśniona sytuacja, albo coś co mogło zachwiać tą przyjaźnią?f).. i wiele wiele innych domysłów i a może..najlepiej pogadać jeżeli się jeszcze da.. spróbować, choć to takie trudne czasemzawsze najbardziej boli jak ranią bliskie osoby..

    Polubienie

  8. Ojj dziś, teraz jestem jak chyba nigdy mega zła! Dlaczego do chol..y ktos kto kiedys był moim Najprawdziwszym, najwspanialszym, Cieplym i Serdecznym na Zawsze Przyjacielem zachowuje sie jakby calkowicie uczyl sie zyc od nowa, nie wiem po jakims urazie?! nic nie pamietal a jedynie obserwowoal jak zachowuje sie reszta. Jak mozna kogos traktowac tak obojetnie, na rowni z pozostalymi cudzymi ludzmi, ozieble, z dystansem z kim sie spedzilo kawal zycia, wspanialego zycia! Nie rozumiem i chyba nie ma na to zadnego wytlumaczenia! Dodam, ze ja sie nie zmienilam w zadnym stopniu. Przepraszam ale musialam sie tutaj ‚wykrzyczec’..

    Polubienie

  9. Dziękuje 😉 bo właśnie Wy utwierdzacie mnie w tym, że to życie nie jest takie szare i aż tak zawiłe; a tak naprawde posiada kolory ale chyba tak umiejętnie skrywane ;). To, co napisałaś chyba jest Tym ;), czego mogłambym sie spodziewać po moim komentarzu; z czego naprawde się ciesze ;).

    Polubienie

  10. Miło mi, że poświęciłaś swój czas, aby przeczytać te moje ‚bazgrołki’ ;). Nie ukrywam przy tym, że po przeczytaniu Twojego komentarza jakby pojawił się we mnie jakiś nowy, silnieszy! głos, że [w moim wyobrażeniu i dalszym życiu] są i bedą jeszcze tysiące a i pewnie miliony życiowych dróg i zakrętów.. Owszem, każdemu należy się szacunek ale przy tym uważam i wydaje mi się być to sprawiedliwe, że nie zasługują na niego Ci, którzy sami siebie jak i reszty świata nie potrafią szanować! Niestety ale to mnie bulwersuje. Chce Cię naprawdę szczerze napisać, że nie tylko Ty sama doświadczyłaś tego hmm ‚wysyłania czy dzwonienia, chyba w przestrzeń’ – bynajmniej nie twierdzę, że jak wiadomo każdy musi od razu być na naszą prośbę ale czy to tak trudno poświęcić komuś chociażby godzinkę? A jak bardzo być może cenną godzine..Sama marzę o jakimś, jak powtarzam normalnym spotkaniu czy to przy kawie czy jakiejś ciepłej czekoladzie 😉 z kimś kto był naszym – przynajmniej w jakimś stopniu – odbiciem.. bo chyba rozumieliśmy sie zawsze i podobno mogliśmy na sobie polegać.. Ale jak widać albo życie lubi psikusy albo my żyjemy w złudzeniach, hm? Wartości w tym tym świecie chyba są nadal ale kwestią jest kto je posiada?, jak użytkuje? i czy potrafi Być sobą ?czy zwyczajnie poddaje się warunkom dyktowanym przez ‚wymogi’ aktualnej mody. Jeśli chodzi o mój komentarz pod notką Agi – chciałam sprostować, że z kwestią udawania mam na myśli to, że Ci nasi bliscy, hm ‚przyjaciele’ nie muszą grać tej obojętności, chłodu, braku uczuć czy tłumaczeń w stylu: nie mam czasu.. Pytam co im się stało? wiem, że życie ma swoje warunki i musimy pracować, ganiać to za tym to za owym ale ludzie zlitujcie sie! Jak można w ogóle potrafieć nie utrzymywać kontaktów z kimś kto potrafił nam świata uchylić, pokazać czym jest radość, jak łatwo i szczęśliwie można żyć mając u boku Przyjaciela..uwierz mi w tej kwestii mam już troszkę przeżyć za sobą. Zdarzyło mi się mieć Przyjaciela, którego tak jak napisałaś nawet poddawałam pod niedowierzanie, że taki istnieje.. dlatego tym bardziej jest mi trudno uwierzyć w to co teraz sie dzieje. Większość uczestniczy w tym już wspominanym wyścigu szczurów, tłumacząc się przy tym brakiem czasu i zaniedbywaniem chyba już kogokolwiek. Mnie boli ten brak okazywania tych dobrych, szcerych i prawdziwiych uczuć w tych, którzy dekralowali i nawet ukazywali, że je posiadają. Tak jak napisałaś tak Ci potwierdzę, abyś jeszcze raz zobaczyła ale już napisane;) : NIE PODDAWAJ SIE! pomimo, że niemal wszystko wydaje się być przeciw Nam, pamiętaj Wydaje. Całym sercem jestem z Toba 😉 i z tego co napisałaś wiem, że i tym razem dasz sobie radę! Jestem o tym przekonana ;). Hehe, bo jak nie My to kto?! 😉 No i oczywiście Gratuluję tego Twojego sukcesu ;), hmm chyba zaniedługo wybieram się do Empiku ;)).

    Polubienie

  11. Cyt: „Wyznam ci że, Prawdziwa Miłość istnieje w nas.. to My mamy tę moc by ją budzić w sobie i w innych 😀 [tak mi przyszło do głowy] ” ————- ja nawet nie Miłość chciałam obudzić. Przyjaźń po prostu. Jak widać – nie umiałam, choć mówił, że najprawdziwiej mi się to udało… ——— Trzymajcie się dziewuchy 🙂

    Polubienie

  12. ot, samo życie.. dziwne że cała ta konstrukcja jeszcze sie trzyma 😉 żartuję 😉 Droga 20-stko nie martw się, bo u mnie nie jest tak źle jakby wynikało z tego całego narzekania. Gdy są gorsze dni to tak bywa.. i czasem przecież trzeba 😉 hihipiękna ta twoja wypowiedź, zgadzam sie i identyfikuje ze wszystkim 😀 mam podobne przemyślenia życie nas ciągle zmienia, ciągle ‚testuje’, niesie różne zdarzenia i sytuacje w których tak na prawdę poznajemy bardziej siebie i z którymi musimy sobie poradzić. I ludzie z którymi żyjemy i z którymi rozmawiamy też nas zmieniają, też mają wielki wpływ na to co i jak myślimy i robimy. Ze wzajemnością zresztą ;)dlatego musimy mieć ideały i święte wartości, do których dążymy i wg których postępujemy. Nie zgadzać się na zło i je piętnować. Bo od nas zaczyna się ‚lepszy świat’dlatego cieszę się i dziękuję, że mogę z Tobą wymienić sie ‚myślami’, to utwierdza mnie w tym, że myślę dobrze 😉 i idę właściwą drogą.. to takie ważne, takie ‚wsparcie duchowe’ :Dja też czasem nie wiem jak żyć? szczególnie gdy moje wartości rozsypują się w starciu z rzeczywistością, ze światem.. ale NIE PODDAWAć SIę! nie poddawać..nasze prawdy 🙂 ich sie trzymajmy Wyznam ci że, Prawdziwa Miłość istnieje w nas.. to My mamy tę moc by ją budzić w sobie i w innych 😀 [tak mi przyszło do głowy]

    Polubienie

  13. AGNIESZKO KOCHANA – na notkę chcę odpowiedzieć w liście, tak osobiście (uwaga, rapuję). Przekazać swoje myśli na temat Twoich trosk i dylematów tylko Tobie… Jestem w trakcie pisania. Dziś nie boli mnie tak bardzo i nawet pospałam nieco 🙂 Wykorzystam więc ten czas domowy i napiszę do Ciebie obiecany prawdziwy list 🙂

    Polubienie

  14. Agnieszka poleciła mi, bym przeczytała Twój komentarz, 20stko. Bo jest pokrzepiający. Czy jest? Nie wiem, to długa historia z bardzo niesprawiedliwym zakończeniem, ale nie będę jawnie o tym mówić, bo nie tylko ja tu przychodzę… Napisałaś o tym, by ludzie przestali udawać, o tym, że prawdziwa miłość istnieje itp… W jednej chwili straciłam wszystko… Z powodów, których nie mam prawa znać. Od ponad miesiąca staram się dowiedzieć, dlaczego w jednej chwili… ech… po co mam pisać? Ciąglę dostaję odpowiedzi, że nie mam prawa wiedzieć, że jak mogę w ogóle sobie wyobrażać, że należy mi się odrobinka szacunku i tego, by mi wyjaśnić. Wyjaśnić nie po to, by przywrócić KOGOŚ. Ale wyjaśnić po to, by przywrócić COŚ. Coś we mnie… Część mojego życia sprawiła, część ludzi sprawiła, że każdego dnia muszę walczyć o szacunek i o „poczucie szczęścia” – o którym mówiła i dawała mi osoba, która zraniła najbardziej i nie chce wziąć za to odpowiedzialności… Nadszedł moment, gdy nie wierzę już w nic… Latami walczyłam. Przeczytaj poprzednie moje wpisy tutaj u Agnieszki (Ona ciągle się zarzeka, że nie jest aniołkiem, hihi)… Te wpisy pod notkami o „poetach”. Osoby, które znają moją przeszłość, tak dokładnie, mają mnie za wzór do naśladowania (ha!). Za kogoś, kto pokazuje, że trzeba przyjmować wszystkie ciosy, rany. Nawet te, które nigdy się nie zagoją… Mnóstwo, całe mnóstwo osób wie, że zawsze można na mnie polegać. Czasami nawet dla obcej, potrzebującej osoby potrafiłam rzucić swój wolny czas i pognać z pomocą. Tak po prostu. Uśmiechnięci dzięki mnie ludzie – bliżsi i całkiem obcy. Nawet zwierzaki! Kilkanaście kotków uratowanych przed utopieniem (mamy tu jednego wrednego sąsiada! wrr!), jakieś potrącone psiaki zostawione na umieranie w agonii, ale zawiezione do weterynarza, bo przecież zwierzaki są takie bezbronne… Nigdy nie oczekiwałam od tych, którym pomagałam, żadnej zapłaty. Zapłaty? Ci sami, którzy mają mnie za twardzielkę, mają też za kogoś bardzo dziwnego, nie pasującego do naszej rzeczywistości… Bo przecież wszyscy inni pomogliby komuś, ale pod „warunkiem”. Coś za coś. Nic bezinteresownego… Tak rzadko ja sama prosiłam o pomoc. Nie chcąc być ciężarem (oraz po doświadczeniach rodzinnych, gdzie nawet w największym stresie nie można do dziś liczyć na nikogo), musiałam radzić sobie sama. Chyba sobie radziłam… Chyba… bo teraz jednak nie umiem… Zawsze te wszystkie przysłowia wydawały mi się banalne. Jak to, że „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” (inni sądzą, że w trabancie, hihi)… Nadszedł moment sprawdzianu. Nadszedł moment, kiedy ja – zawsze oddana ludziom i dobru – z rumieńcem wstydu na twarzy mówię: „potrzebuję Cię”… Nigdy wiele od życia nie chciałam. Na co mi góra pieniędzy, drogi samochód, wielki dom, czy wakacje na Kajmanach? Po co materialne bogactwa i zadowowe sukcesy, które ludzie zdobywają w obrzydliwym wyścigu szczurów? Największym moim Szczęściem była świadomość, że umiem przywracać ludziom uśmiech na twarze oraz świadomość, że… mam Przyjaciół (szczególnie jednego, najprawdziwszego, wyjątkowego, którego istnienia czasami niedowierzałam – takie to było wyjątkowe)… Nagle wszystko zbiegło się w jednym czasie. Miałam cieszyć się z prywatnego sukcesu, którym był mój skromny (ale mój!) ogólnopolski debiut literacki. Egzemplarze autorskie już przed premierą leżały na regale, przygotowane do wysłania, do podarowania najbliższym. Z dedykacjami. W tym samym czasie CIOS od życia. Dwa właściwie, ale jeden z nich dla mnie na dalszym planie (nieoperacyjny guz – dziś już wiem). Ten pierwszy CIOS to ten niesprawiedliwy, podważający wszystko to, w co wierzyłam, nawet to, co napisałam pod Agi notką o „poetach”. Zabierający wszelką wiarę w to, że jestem człowiekiem. CIOS, który nie daje mi dotąd prawa usłyszenia, że ta niezwykle wyjątkowa czyjaś Przyjaźń była prawdziwa. CIOS, w którym padły słowa „wszystko jest OK”, a drugiego dnia „to wszystko jest błędem”… Pozornie wygląda to po prostu na zwykłą rankę. Nie wolno mi jednak jawnie opowiadać, a i duchowo nie mam sił wyjaśniać ostatnich kilku lat mojego życia… Nic nie wiem, nic nie mam prawa wiedzieć, a ktoś dla własnego wygodnictwa (bo inaczej to nie wygląda, a jeśli jest inaczej, to dlaczego nie ma odwagi powiedzieć?) odebrał mi wszystko… Dosłownie wszystko… Wszystko boli, gdy myję swoje ciało! Taka prosta czynność, jak kąpiel. Ktoś, kto znał moje przeżycia z przeszłości oraz jedno tragiczne z czasów, gdy już nazywał mnie Wyjątkową Przyjaciółką, najpierw nauczył mnie, że jestem kobietą, której ZAWSZE NALEŻY SIĘ SZACUNEK, a sam w jednej chwili i do tej pory (pomimo kilku próśb) odebrał mi go i nie chce okazać. Okazać w bardzo drobny sposób, bo nie potrzeba wynosić mnie na piedestał… Ta Osoba wie.. Chciałabym wierzyć, że jest świadoma tego, nie co zrobiła, ale jak to zrobiła i jak bardzo mnie okłamała (bo na to wychodzi)… I jak bardzo potrzebuję zapewnienia (właśnie od tej osoby), że nie kłamał, że nie jestem życiowym błędem, że żałuje, że tą cholerną książkę odesłał, że odebrał mi wszelkie prawo i powody do czucia się człowiekiem… Jaki jest ten nasz świat? Zacisnęłam zęby. Zamknęłam oczy. Powiedziałam sobie: „Basiek, byłaś zawsze obok ludzi, dla ludzi, niosąc uśmiech i nadzieję. Są ludzie, którzy zawsze zapewniali, że możesz na nich liczyć. Nie bój się poprosić o chwilę rozmowy”… W przeciągu miesiąca – co było moją normalną czynnością, nie jakąś tam „od święta”, czy „raz na ruski rok” – wysłałam ponad 30 smsów do moich znajomych, „przyjaciół”, rodziny. Ze zwykłymi pytaniami: co u nich, jak się wiedzie, jaka u nich pogoda. Tych, którzy mieszkają tuż obok, spytałam, czy znaleźliby dla mnie chwilkę. No, dłuższą chwilkę, bo taką np. 20-minutową. Nawet przez telefon, jeśli nie mają czasu i nie musi to być natychmiast… Po to, by poczuć się na chwilę człowiekiem, uśmiechnąć się i poczuć, że nie jest się samemu… Ile dostałam odpowiedzi w przeciągu miesiąca? Żadnej… Nawet telefon zaniosłam do serwisu, kartę przekładałam do innego aparatu, bo myślałam, że może coś nie tak… Wszystko było tak. Z telefonem… W żadnym z smsów nie napisałam, że coś mi jest, że mam ciężkie dni itp. Parę pozdrowień, ciepłych słów i prośba o rozmowę, spotkanie przy kawie (i tej pysznej szarlotce w kawiarni p.Tomka i p.Wioletty)… Nie było nawet żadnego odzewu typu: „wybacz, ale nie mam czasu/ochoty/możliwości”… Rodzina? Ścigająca się w tym, czyja nowonarodzona wnuczka (ale nie moja córcia) będzie lepsza. Mamy? Czy Brata mojej Mamy? Mój debiut literacki – coś, na co pracowałam latami (można się pochlastać zanim się coś wyda, taki to „biznes”), coś, co musiałam ciągle udowadniać Ojcu, że mam prawo pisać – został w ogóle niezauważony przez Rodzinę niezauważony. CIOSem cholernym było odesłanie nietkniętej koperty z ksiażką przez kogoś, kto wspomnianą wiarę i prawo mi odebrał – a to ta osoba mnie czasami popychała do pisania i zapewniała „książki są drogie, ale skoro to darmowy egzemplarz, to jasne, że przyjmę jako prezent! Przecież to Twój debiut, Przyjaciółko!”… Nie chcąc początkowo chwalić się światu, odczekałam nieco. A potem różnymi sposobami powiadomiłam znajomych bliższych i dalszych, by zajrzeli do Empiku do pewnej książki i uważnie przeczytali nazwisko i imię autorki. Zaznaczyłam, że nie muszą tego kupować, ale po prostu niech spojrzą… Niech uśmiechną się razem ze mną… Nikt… Nie był nikt… Nawet ci, co to Empik i inne większe księgarnie mają dosłownie pod nosem… Obiecali sprawić taką malutką przyjemność. Bym poczuła się człowiekiem… Rodzina? „Na co ci jakieś pisanie?! Zobacz, A. zaraz urodzi dzidziusia, będzie piękny, prawda? No i Twój Brat też dzidziusia zaraz będzie miał. To jest teraz najważniejsze, a nie jakieś pisanie”… I znowu CIOS. Tym razem na pewno guz. Do wyboru jedynie chemia, która wyniszczy mój organizm i uniemożliwi mi spełnienie celu mojego życia (macierzyństwo) albo naświetlania, których efekty dają jeszcze mniejszą szansę na własne (chociaż jedno! chociaż jeden mały cud w brzuszku) dziecko… Jestem niemal pewna, co odpisałabyś mi 20stko, Agnieszko… Że mam walczyć, nawet jeśli zostałam całkiem sama, bo stałam się niewidzialna nawet dla własnej Rodziny, dla ludzi, którzy mówili o sobie „Przyjaciele”… Czytałam całą masę książek o nowotworach. Właściwie o ludziach, którzy przez to przechodzili (wielu z nich się nie udało). Rozmawiałam też z księdzem, psychologiem oraz znanym polskim pisarzem i naukowcem (Aga, domyślasz się, z kim, prawda?) (to ktoś, kto jak nikt inny zna się na ludziach i jego zachowaniach – myśli Sercem i Rozumem)… Duchowny, doktor i genetyk-romantyk. Wszyscy powiedzieli to samo… Jeśli ktoś uważa, że jedynie sformalizowana Miłość (czyli małżeństwo) daje prawo do szacunku (także przy rozstaniach) oraz prawa do prawdy, to jest największym egoistą i tchórzem na świecie… Jedna z tych osób (ksiądz, psycholog, pisarz) – ta, której wierzę najbardziej – doskonale znając takie przypadki (nie tylko rozstań, ale i walki z rakiem, z życiem, losem i prawem do „poczucia szczęścia”)… powiedziała, że mam nie przestawać wierzyć, czekać i mieć nadziei. Nie, że „jeśli to był prawdziwy Przyjaciel”, ale że „po prostu mam nie przestawać wierzyć, czekać i mieć nadziei na to, że w końcu się odważy i mi opowie, przywróci szacunek i uśmiech przy wspomnieniach, a zabierze ból duszy i serca”… Oraz, że doskonale rozumieją i popierają to, że jest mi ta rozmowa (właśnie ta, a nie inna!) niezbędna do tego, by przywrócić spokój oraz dać siły duchowe do samotnej walki z rakiem… Rzecz w tym… że mogę się nie doczekać, bo im dłużej milczy telefon, tym mniej wiary, sił i… bycia Człowiekiem… A ja chcę wspólną, przyjacielską (i tą bliższą) przeszłość wspominać z uśmiechem, a nie z bólem domysłów… ————- 20stko – mimo wszystko ja zawsze będę powtarzać: nasz świat nie musi tak wyglądać. Bardzo mnie takie rzeczy interesują i znam całą masę prawdziwych historii ludzi, którzy zmagali się z wieloma przeszkodami (duchowymi, czy materialnymi)… Jedyny warunek na spełnienie tego jest taki, że druga strona ma pozbyć się wygodnictwa (bo uważają, że lepiej jest cierpieć w przyzwyczajeniu do codzienności, niż przez jakiś czas bardziej się wysilić, by ostatecznie „pozorne poczucie szczęścia” stało się „prawdziwym czuciem szczęścia”)… Trzeba tylko pozbyć się w sobie „lenistwa”, „wygodnictwa” i postarać się pokazać tym czekającym bliskim ludziom, że nie jest się samemu, a dobro i szacunek istnieją i każdemu się należą… —— Chciałam jeszcze coś napisać, ale chyba zbyt bardzo dobiegłam od tematu Twojego komentarza… ——- Prawdziwa Miłość i Przyjaźń? Chcę mieć podstawy, by znów w to wierzyć (miłości nie miałam nigdy, przyjaźń? właśnie poznałam, że w biedzie nie mam przyjaciół żadnych)… Boję się, że nie zdążę usłyszeć od Niego tego, co mi pomoże odzyskać wiarę w bycie człowiekiem, kobietą… Bo „chemia”, „lampy”… S*am ze strachu i samotności… —— Agnieszko i 20stko – bardzo serdecznie Was, drogie kobitki, pozdrawiam. Nie traćcie w sobie tej „poezji”, bo obie jesteście takie, jakie świat powinien mieć… Pa… —— (ciekawe, czy onet przetrawi tak wielki komentarz)…

    Polubienie

  15. Droga Agnieszko! Tak to już ten świat jest skonstruowany.. a nam przyszło w nim Żyć.. i zmagać się z zadaniami, które zostałe nam wyznaczone; i tymi mniej trudnymi i tymi, które gdy uda nam się przezwyciężyć uświadamiają nam naszą siłę, zapał czy może wiarę w lepsze jutro czy poprostu wiare w siebie? Jestem coraz bardziej o tym przekonana – nie jest lekko normalnie żyć a może starać się NORMALNIE żyć? A co to też oznacza? Dla Ciebie, dla mnie, dla tych, dla tamtych.. W czym tkwi sens? Gdzie szukać tej normalności? Czasem mam wrażenie, że to pojęcie jako takowe już nie funkcjonuje, bądż to ja jestem jakaś taka staromodna; Kto wie? Jedno jest pewne – NIE wolno NAM sie PODDAWAĆ! Pomimo wszystko! Hm.. minuta, godzina, dzień, miesiąc ooo i już rok; i tak w kółko a my gdzieś po drodze.. gdzieś – tak właśnie. Nie chce dzielić tutaj ludzi na tych lepszych czy gorszych, profesorów czy całkowicie prostych ludzi bo to dla nas wszystkich jest ten Świat i to Jedno Życie, które – trzeba przeżyć godnie. Wciąż obracamy się w sferze różnych środowisk a w nich wsród rozmaitych ludzi.. I tutaj powstaje pytanie – przynajmniej dla mnie – jak tu można być sobą? Kiedy jesteś dobry a niezależnie od Ciebie jest Ci dane żyć z ludzmi, którzy Tego nie znają, nie rozumieją jest im to zwyczajnie obce a już nie daj Boże dążą do destrukcji ‚tego’ w Tobie, pomijam wątek świadomie bądż nieświadomie. Człowieka kształtuje w pewien sposób otoczenie, wpływa na jego rozwój, nastrój i nastawienie chyba już na całą reszte. Nie!, nie potrafie żyć bez uczuć, bez wrażliwości – staram się nie przejmować już tym co nie jest tego warte ale wiem, że do końca i tak się nie zmienie i będe z tym walczyć – eh, pewnie wewnątrz siebie. Chyba powinniśmy być egoistami, przynajmniej od czasu do czasu ale czy potrafimy? Dlaczego Ci co nazywali się Przyjaciółmi stali się chłodni, obojetni i egoistyczni.. nie potrzebują czyjejś pomocnej Dłoni, ciepłego uścisku czy życzliwego uśmiechu? A może przestańmy już wszyscy udawac?! Nie wiem, naprawde już nie wiem jak Żyć?; pewnie dla tego ‚innego’ gatunku ludzi ten tekst to jakaś bajka czy coś w tym stylu ale hm to jest moja Prawda, moje Odczucia i poprostu część mnie. Podsumowując to wszystko, chyba jeszcze warto wspomnieć, że to prawdziwa Miłość jest w stanie pokonać wszystko! Absolutnie wszystko! Kochajmy siebie, bliżnich, cieszmy się i doceniajmy To, co posiadamy, bo może i to kiedyś przepadnie. Ale czy ta Miłość jeszcze tutaj istnieje ;)?

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: